Rejs Wisłą seniorów z Hornu.

przez Andrzej Ogrodnik

„Czadowe Żagle” z Połańca do Kazimierza Dolnego.

IMG 20160817 061647Grupa spod znaku „Czadowe Żagle” – projekt Stowarzyszenia Ekologia i Żagle, w tym sekcja seniorów Klubu Żeglarskiego Horn Kraków, zakończyła drugi etap spływu łódkami żaglowymi po Wiśle. W tym roku wyruszyliśmy z miejsca, gdzie zakończyliśmy etap Kraków-Szczucin zeszłego lata. No, niedokładnie z tego samego, bo spływ zakończył się w WOPR w Szczucinie, a w tym roku łodzie zostały zwodowane w Połańcu, za przeszkodą w postaci jazu, który utrudnia żeglugę między Szczucinem a Połańcem.
Już w przeddzień spływu, 12 sierpnia forpoczta, czyli „ sześciu wspaniałych” przyjechała z dwoma łódkami do Połańca, reszta dołączyła nazajutrz z trzecią łódką i pontonem. Koledzy zrobili zaopatrzenie (7 km do sklepu spożywczego) i otaklowali swoje łodzie. Wczesnym popołudniem trzecia łódka i ponton zostały zwodowane i przygotowane do spływu. Jest nas 13 osób, w tym 5 pań, plus dwóch „ochroniarzy” na pontonie. Mamy trzy omegi o nazwach: Zefir, Dzika Świnia i Zosia. Ruszamy. Jest 13 sierpnia.
Od razu zaskoczyła nas szerokość Wisły, ponieważ pamiętaliśmy ją z zeszłego roku jako średniej szerokości rzekę poprzecinaną ostrogami i kępami wysp. Tym razem rozlewała się szeroko, tworząc liczne zakola, starorzecza i zatoczki. Czasami wyglądała jak jezioro. Pierwszy dzień był słoneczny, żeglowaliśmy pod słabym wiatrem, leniwie dając się nieść nurtowi. Spływ byłby sielanką, gdyby nie mielizny i wypłycenia, które trzeba było odgadywać z różnych znaków na wodzie. Mijamy most linii kolejowej i Baranów Sandomierski. I tu przeżywamy przygodę mrożąca krew w żyłach. Zagadawszy się nieco, zbyt późno zaczęliśmy składać maszt przed przeprawą promową w Świniarach. Zawleczka się zacinała, lina zbliżała coraz bardziej, a nurt był szybki i płynęliśmy wprost na nią mimo rzuconej kotwicy i pontonu, który próbował nam nadać wsteczny bieg. Nastąpił krytyczny moment i maszt zahaczył przechylając łódkę na jedną burtę. Zamarliśmy na moment, ale sprężysta lina puściła i uniknęliśmy kąpieli. Uffff… W tym dniu dotarliśmy na wysokość Tarnobrzega i tu rozłożyliśmy się na nocleg na łące przy wysokiej skarpie. Pierwsze w tym roku ognisko zapłonęło na brzegu, nad nami księżyc i spadające gwiazdy ( właśnie przypadał okres, gdy Perseidy pozwalają spełniać marzenia, więc budzik nastawiony na drugą w nocy , kiedy następuje kulminacja roju meteorów).IMG 20160815 155328
W drugim dniu, 14 sierpnia, nasza trasa prowadziła do królewskiego Sandomierza. Obudził nas słoneczny poranek i śpiew ptaków. Płyniemy klucząc wśród mielizn. Główne zajęcie to dyskusje i podejmowanie decyzji, którym nurtem płynąć, którego brzegu się trzymać. Badanie dna i nasłuchiwanie, czy miecz nie zahacza o kamieniste dno. Płycizny zaskakują w różnych miejscach. W tym dniu płyniemy dość krótko, bo chcemy spędzić trochę czasu w klimatycznym Sandomierzu. Przed Sandomierzem dopada nas deszcz i mocne szkwały. Zakładamy sztormiaki i wiosłujemy, bo nie ma się gdzie schować. Przybijamy do przystani już po deszczu, przy pełnym słońcu. Zawijamy do mariny w centrum miasta i cumujemy obok rowerków wodnych w kształcie wielkich gęsi i łabędzi. Mało poważne towarzystwo dla wilków morskich spod znaku Hornu! MOSiR w Sandomierzu przyjmuje nas bardzo gościnnie i oferuje miejsce na biwak na skwerze przy nabrzeżu, wśród czystych alejek i wystrzyżonej trawy. Oglądamy miasto i zamek, zwiedzamy podziemną trasę turystyczną, oczywiście wypatrując śladów „Ojca Mateusza”. Pochyły rynek i wąskie uliczki pełne ludzi – jest niedziela, a na estradzie przed ratuszem trwają występy muzyczne. W podzięce za gościnę grupowo, przy wieczornym grillu układamy wierszyk, który wpisujemy do księgi pamiątkowej w informacji turystyczne. Pierwsza zwrotka brzmiała:
Czadowe żagle prosto z Krakowa. Spływały dzielnie, gdzie rzeka Wisła, i choć pogoda była burzowa tutaj znalazły spokojną przystań …itd.
Trzeci dzień, 15 sierpnia . Żegnamy gościnny Sandomierz i poddajemy się nurtowi rzeki. Wiatr mamy od dziobu, halsujemy więc zawzięcie od lewej do prawej strony brzegu i z powrotem, sprawdzając wiosłem, czy dno się nie wypłyca. Pierwszy chrzest bojowy to przejście pod mostem w Sandomierzu, przy bardzo zdradliwym nurcie rzeki. Nieuniknione przypadki wejścia na mieliznę skutkują wyskakiwaniem do wody i spychaniem łódek z płycizny. Zdecydowanie szybciej byłoby z nurtem na pagajach, ale żeglarstwo to żeglarstwo. Więc halsy w poprzek rzeki urozmaicamy pogawędkami i komentowaniem lustra wody oraz pięknych krajobrazów. Wpływamy w część zwaną Małopolskim Przełomem Wisły. Wysokie skarpy, klify z białych skałek porośnięte lasem- bardzo malownicze miejsca. Po drodze znów dopada nas burzowa pogoda i ostre szkwały. Trudno nawigować w takiej aurze, a tymczasem kolegom na Zefirze na wietrze podarł się nadwątlony żagiel. Na szczęście mają drugiego grota na zapas. Niebo się wypogadza i wychodzimy z zakola, w którym się schroniliśmy przy kępie wikliny. Znajdujemy sympatyczne miejsce pod Annopolem na nocleg. Część grupy idzie na trzykilometrowy spacer, by zobaczyć miasto. Biwak mamy w uroczym miejscu: tym razem na rozległej polanie pod białą wysoką skarpą.
Za annopolskim mostem głebokość rzeki nie przekracza 30 cm. Jest trudno, kąpiel w rzece na mieliznach jeszcze się zdarza, ale mamy już coraz więcej doświadczenia w nawigowaniu miedzy łachami i mieliznami. Na tym odcinku mijamy ciekawe miejsca: Zawichost z najsłynniejszym wodowskazem w Polsce, Piertawin związany z historią św. Biskupa Stanisława – szczególnie bliską nam, Krakusom, a potem Solec nad Wisłą, znany niegdyś z handlu wielicką solą. Nocleg aranżujemy na wysokim brzegu w okolicy Solca, na wąskim skrawki łąki przylegającej do lasu. Zmęczeni, po krótkim posiedzeniu przy ognisku, zasypiamy szybko, co rano skutkuje wczesnym przebudzeniem, dzięki czemu dane nam zobaczyć nadzwyczajny widok. Rzeka pokryta jest białym kożuchem mgły, snującej się nad powierzchnią niczym pochód nieziemskich istot o dziwnych kształtach, wychodzących z rzeki i znikających w niebiosach. Nad tym wszystkim przenikliwe słońce wysrebrzające cały pejzaż- godzien pędzla flamandzkich mistrzów.
Ostatni, piaty odcinek trasy, podobnie, jak w poprzednim dniu, jest dłuższy od wcześniejszych, około dwudziestokilometrowych. Przed nami do pokonania 34 km – do Kazimierza Dolnego. Czujemy lekki niepokój, bo prognozy pogody na ten dzień przewidują opady i burzę. Ruszamy wiec z kopyta, a raczej z pagaja. W tym dniu wiosłujemy więcej niż zwykle, bo wieje znów fordewind i halsowanie w poprzek koryta zajmuje mnóstwo czasu. Gonią nas czarne chmury, gdzieś z daleka słychać pomruk burzy, więc uwijamy się, żeby uciec przed ulewą. Mijamy „Szlak Szalonego Hydrotechnika” - umocnione ostrogi połączone faszynami i opaskami, modelowy przykład regulacji rzeki, która w tym miejscu ma ok. 700 metrów szerokości. Niedaleko za nim druga atrakcja: „Krowia wyspa” – rezerwat ornitologiczny, w którym podobno gniazduje ostrygojad. Na tak smakowitą nazwę przypominamy sobie o kanapkach ze śniadania ( ostryg w tym dniu nie serwowano). Trasa mija wyjątkowo szybko i naszym oczom ukazuje się na lewym brzegu Pałac Firlejów w Janowcu, wysoko na skarpie, a na prawym wiatrak zwiastujący przedmieścia Kazimierza Dolnego. Tu dopada nas deszcz, który deptał nam po piętach cały dzień. Nie jest przyjemnie, zwłaszcza, że wiatr się zrywa, a my wkraczamy na tor wodny, którym kursują statki pasażerskie. Ruch jak na Marszałkowskiej. Szczęściem i ten deszcz trwa krótko i wpływamy do mariny w Kazimierzu Dolnym wraz ze słońcem. Jest pięknie, widok na Wisłę i zjawiskowy Kazimierz, który jest tak nieprzyzwoicie ładny, że aż nierealny. Ostatni nocleg spędzamy w cywilizacji, w dobrze utrzymanej przystani, u jego stóp. Czas wracać, za rok ruszamy dalej.

Projekt jest współfinansowany przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014 - 2020 (ASOS).

Elżbieta Tomczyk-Miczka